Pani Blond

Co zmienia cię w kanapowca?

| 1 Comments
kanapowiec

Kanapowiec według słownika języka polskiego- żartobliwe określenie osoby, która uwielbia wylegiwać się i drzemać na kanapie. Każdy to lubi, wiadomo, gorzej gdy zaczyna być to bezpieczny i komfortowy sposób na spędzenie życia. Zastanawialiście się kiedyś co sprawia, że odważne plany, niektóre małe i wielkie marzenia rodzą się, żyją cichutko w waszych głowach, z czasem zostają uśpione, leżą pod gruzami ważniejszych spraw, zamiast być realizowane i spełniane? Nie ważne, że małymi, nieporadnymi kroczkami, że czasem kosztem porażek i zgryzionych ołówków, ale żyjące w czasie teraźniejszym, nie przeszłym- kiedyś to chciałam… marzył mi się… itd. Dopóki nie podnosi się rękawicy, nie można liczyć na to, że coś się zmieni. Nie można również liczyć na to, że wszystko zmieni się od razu.

Przed ruszeniem z miejsca powstrzymują nas nasze słabości, ale nie dlatego, że są od nas potężniejsze, nie do pokonania, tylko tak jest po prostu wygodniej. Łatwiej i wygodniej jest powiedzieć, że nie ma się czasu, niż lepiej się zorganizować, że wszyscy wokół są przeciwko nam, niż zmienić punkt widzenia, że nic nie umiemy, zamiast wziąć się do pracy i olać niedoskonałości.

Ja ze swoimi postanowiłam zawalczyć, przemyśleć „na sucho” czy to co podpowiada mi czasami umysł, nie jest przypadkiem stekiem bzdur. Po wnikliwej analizie okazało się, że owszem jest, co więcej niebezpiecznym stekiem bzdur, który, jeśli zostawiłabym go samego sobie mógłby usadzić mnie na kanapie z pilotem od telewizora w ręce na wieki, zmuszając przy okazji do wyzbycia się jakichkolwiek ambicji.

Dostrzeganie braków zamiast możliwości

Minusów zamiast plusów, szklanki do połowy pustej, a nie pełnej- jak kto woli. Ale do rzeczy, zawsze kochałam pisać, założenie bloga miałam więc z tyłu głowy już dłuższy czas przed napisaniem pierwszego wpisu, wolność twórcza jaką daje taka forma publikacji nie może się równać z pisaniem w magazynach czy chociażby portalach internetowych. Nie chciałam jednak zabierać się za coś „na pół gwizdka”. Teksty leżały w roboczym folderze, a ja dawałam porywać się myślom- że przecież kiepsko u mnie z grafiką, nie mówiąc o HTML, że na ten moment nie mam lustrzanki, a co to za blog bez dobrych, autorskich zdjęć ( zapominając przy okazji, że zawsze chciałam stawiać w pierwszej kolejności na treść), że przy dziecku i innych swoich aktywnościach mogę zaniedbywać stronę ( której notabene jeszcze nie miałam) i tym podobne, pisząc brzydko dyrdymały. Mimo to robiłam nadal swoje, nie zwracając uwagi na głupie podszepty umysłu i uwierz mi wszystko „ poukładało się samo”. Czasami trzeba zrezygnować z nieskazitelnej perfekcji, przyznać się do niedoskonałości, poprosić o pomoc, uzbroić się w cierpliwość i uczyć na błędach. Wszędzie widzimy tylko efekty czyjejś pracy, dlatego tak łatwo wierzymy w mit, że aby robić coś fajnego trzeba być od razu mistrzem, najlepiej znającym się na wszystkim. Nie.
Do efektów dochodzi się powoli, a nauka nie zawsze jest komfortowa, za to często prowadzi do mistrzostwa. Gdyby każdy przejmował się swoimi brakami (a każdy jakieś niestety posiada), na tyle, aby porzucać swoje działania, świat stałby w miejscu. Co gorsza, pełen nieszczęśliwych, niespełnionych ludzi.

Zbyt szybka rezygnacja

Innymi słowy brak cierpliwości. To czy czegoś naprawdę chcemy weryfikują napotykane przeszkody. Dajemy się wtedy porwać złudnemu przekonaniu, że jeśli nie wszystko układa się po naszej myśli to widocznie los tak chciał. Tłumaczymy w ten sposób swój słomiany zapał. Poświęcamy czemuś mnóstwo czasu, czasami też pieniędzy, codziennie dokładamy cegiełki do swoich konstrukcji, a efekty wciąż są mało widoczne i wtedy przychodzą wątpliwości jaki to w ogóle ma sens? Odpowiedzi na taki stan rzeczy mogą być różne, ale najczęściej jest zwyczajnie zbyt wcześnie na fajerwerki. Bywa też tak, że robimy coś nieskutecznie, a wtedy pozostaje tylko zmienić sposób działania. Ja ostatnio uświadomiłam sobie bardzo ważną rzecz- odkreślanie kolejnych zaliczanych celów nie ma tak naprawdę większego znaczenia bez radości, którą daje nam proces osiągania ich. To proces trwa, wypełnia godziny, miesiące, lata, w jego trakcie się uczymy, dojrzewamy, zauważamy nowe rzeczy. Metę, sukces możemy oblać, ogłosić na facebooku i przy rodzinnym obiedzie aby zachwyty innych mogły połechtać nasze ego, ale nie są niczym innym jak uwieńczeniem naszej pracy. Jeśli jedynym powodem naszych działań jest poklask i zadowolenie innych, a czas który spędzamy nad wymarzonym projektem jest dla nas męczarnią to pora zastanowić się czy przypadkiem nie marnujemy przy okazji swoich prawdziwych pasji. Kiedy zaakceptowałam fakt, że najważniejszy jest proces, tworzenie, nauka- zaczęłam się nimi cieszyć, a stres związany z upływającym czasem i drobnymi potknięciami zniknął. Zaczęłam też w miarę możliwości wybierać takie aktywności w których czuję się dobrze i które rzeczywiście dają mi satysfakcję ( oczywiście nie zawsze jest tak kolorowo- ale kiedy tylko mamy wybór, dlaczego z niego nie korzystać).

Fałszywe przekonania

Większość z nas jest nimi wręcz faszerowana- słychać je z każdej strony. Najczęściej z ust starszych pokoleń, którym w głowie się nie mieści, że można np. zarabiać nie wychodząc z domu, robiąc to co się lubi. Oto kilka z nich, niezwykle skutecznych w odbieraniu zapału, marzeń i kreatywnego myślenia:

– Tylko nieliczni się wybiją! Ci z prawdziwym talentem w genach no i oczywiście znajomościami!
– Żeby cokolwiek zrobić trzeba mieć pieniądze! Dużo pieniędzy!
– Nie da się zarobić na czymś co jednocześnie lubi się robić. Te dwie rzeczy trzeba rozdzielić.
– Trzeba robić coś NORMALNEGO. Mieć fach w ręku. Stałą, bezpieczną posadę.
– Musi być w życiu jakiś porządek!
– Nigdy nie wiadomo jak się życie ułoży, trzeba myśleć odpowiedzialnie, a nie marzeniami.
– Trzeba znać swoje miejsce w szeregu.
– ŻYCIE TO NIE BAJKA!

Okropna dawka de-motywacji prawda? Brrr… Łatwo wpaść w pułapkę takich „dobrych rad” i zacząć myśleć w podobny właśnie sposób- przecież często słyszymy je od doświadczonych osób. Ale czy naprawdę o to w tym wszystkim chodzi? Co jest złego w podejmowaniu prób spełniania swoich marzeń i układania swojej rzeczywistości po swojemu? Kto może wiedzieć lepiej od nas samych jakie życie przyniesie nam satysfakcje? Warto odpowiedzieć sobie na te pytania, a później mieć odwagę próbować.

Brak wiary w siebie

A raczej zaufania do siebie choć uważam, że obydwa pojęcia są ze sobą ściśle związane. Łatwiej stwierdzić, że lubi a nawet kocha się osobę po drugiej stronie lustra niż powierzyć jej z lekkim sercem trudne zadanie. Mówimy, że umiemy śpiewać, tańczyć, gotować, programować, rozmawiać z klientami itp., ale gdzieś w głębi duszy często trzęsiemy się z niepokoju czy aby na pewno damy radę. Posiadanie dozy niepewności jest ok, bo to normalne i naturalne, ale tylko do momentu kiedy nie staje nam na drodze do tego co przed nami. Prawdziwe zaufanie do siebie to pewność, że umiemy wyjść z każdej sytuacji, że jesteśmy swoimi przyjaciółmi i nie potraktujemy sami siebie karą za własne niepowodzenia, że nikomu poza sobą nie musimy nic udowadniać. Wypracowanie takiego podejścia otwiera wiele drzwi. Dla mnie składa się z trzech ważnych elementów: samodzielnego podejmowania decyzji, pozwalania sobie na słabość i słuchania swojego wnętrza bez zastanawiania się co na to inni, bo jak pokazuje świetna grafika Marty Frej- innych jest dużo i każdy mówi co innego.

Nie dajmy wmówić sobie, że jakkolwiek rozumiany sukces może „przytrafić” się jedynie nieskazitelnym szczęściarzom, którzy podbijanie świata wysysają z mlekiem matki. To praca nad sobą i konsekwentne działanie pozwalają tworzyć życie takie jakim chcemy żyć.