Pani Blond

Wykończ się, spal- żyj pod linijkę!

| 2 Comments
gp5_rywdf0-lena-bell

Był ze mną od dawna, ale po zostaniu mamą na chwilę zawładnął moim światem. Skąd się wziął? Mam kilka typów. Z poczucia odpowiedzialności za nowe życie, braku akceptacji, że nie nad wszystkim można mieć kontrolę, potrzeby udowodnienia sobie i światu, że ze wszystkim daje się radę na 110 procent, bo gdyby nie daj Boże się nie dawało świetnym argumentem wyjaśniającym wszystko, byłby epitet „młoda” rzucony z pobłażliwym uśmiechem.

Perfekcjonizm, potocznie rozumiany, mam wrażenie, że częściej dotyczy kobiet. Chcemy być niezależne i samowystarczalne więc dzielnie bierzemy na siebie coraz więcej i więcej i jakby tego było mało w każdej dziedzinie życia staramy się dążyć do ideału. Teoretycznie brzmi świetnie, co w tym złego? Świat zmierza do przodu. Gorzej w praktyce.

Lśniące jak powierzchnia lustra mieszkanie, domowy obiad wyłącznie z naturalnych, świeżuteńkich składników, wymęczone zabawą, roześmiane dziecko, odhaczone wszystkie punkty na liście TO DO, przepracowanych produktywnie kilka godzin i satysfakcjonujący czas dla siebie. Takie rzeczy ( bez skutków ubocznych, ale o tym później) to niestety tylko w filmach.

Poczucie, że rozwijasz się na kilku określonych płaszczyznach, ogarniasz trywialne sprawy jak zakupy, pranie i czyste kuchenne blaty, wychowujesz z dnia na dzień coraz bardziej rozumnego człowieczka,
w bliższej lub nieco dalszej przyszłości realizujesz sumiennie to co sobie zakładasz, a gości zawsze witasz ciastem i uśmiechem, daje przyjemne uczucie satysfakcji. Po jakimś czasie nasz zlekceważony, zmęczony olewackim stosunkiem do odpoczynku organizm wali jednak pięścią w stół, rozkłada ręce
i ogłasza strajk.

Ja, odporna, okaz zdrowia, najzwyczajniej w świecie zostałam znokautowana przez niekończące, biorące się znikąd choróbska. Jedno za drugim. Gorączki, brak sił, stosy leków bo w tym przypadku czosnek i cytryna nie miały już szans, łóżko i przymusowy odpoczynek. Niby nic takiego, ale skłania do pomyślenia- co się do cholery ze mną dzieje?

Mój odpoczynek od pewnego czasu stał się odpoczynkiem tylko teoretycznie. Na prawdziwy relaks
i chwilowe nicnierobienie szkoda mi było czasu. Ciągle jest coś do zrobienia. Wolny moment- trzeba go jakoś dobrze wykorzystać. Tyle, że mój czas wypełniały chaotyczne działania- łatwo się zmęczyć nie robiąc w zasadzie nic konkretnego. Często zamiast zacząć od tego co naprawdę dla mnie istotne jak np. napisanie notki, ogarniałam wszystko w okół- moja przestrzeń miała być idealnie zorganizowana. Bzdura, dawałam się nabierać na sztuczki własnego umysłu. Efekt był taki, że po zrobieniu wszystkich przyziemnych czynności nie miałam już żadnej energii do twórczej pracy.

Teraz po miesięcznej rekonwalescencji uczę się odpuszczania. Akceptuję, że przy wielu obowiązkach trzeba wyznaczyć priorytety i trzymać się ich uparcie, a na poboczne sprawy po prostu przymknąć oko. Dziecku pofolgować białą drożdżówą, samemu zjeść mrożonkę a bałagan wsunąć niepostrzeżenie pod łóżko po czym zająć się bez wyrzutów sumienia tym co ważne.

Balans- to takie banalne, a większości z nas sprawia ogromną trudność. Na myśl przychodzą mi mamy, które coraz częściej widuję na ulicach. Wysokie buty, opinające ubrania, biżuteria i pełny makijaż. Nie wierzę, że ktoś w takim stroju może czuć się komfortowo opiekując się noworodkiem. Może? nie ma sprawy, każdy ma prawo do wyrażania siebie jak chce, w każdym momencie swojego życia. Problem
w tym, że jeśli nie czujemy się dobrze same ze sobą to ciuchami nie przykryjemy tej energii.
W mediach lansowany jest ostatnio obraz matki- modelki; zgrabnej, perfekcyjnej, na szpilkach w każdym momencie dnia, z dzieckiem pod pachą niczym kolejnym trendowym rekwizytem.

Ok, ja również uwielbiam szeroko rozumiane piękno- nie uważam aby macierzyństwo było czasem ascezy, rozciągniętych dresów i domowych pieleszów, ale taki przerysowany obraz krzyczący z okładek również do mnie nie przemawia. Młode matki nasiąknięte instagramowym pięknem zamiast cieszyć się czasem swobody ze swoją pociechą wciskają się w sukienki i ruszają na osiedlowy catwalk.
Dlaczego o tym piszę- przecież to temat z zupełnie innej beczki? Nie do końca. Zawsze problem tkwi
w zaburzeniu proporcji. Okoliczności układają się nieraz tak, że zapominamy o wszystkim co wiemy. Nie wiadomo kiedy wpadamy w pułapkę własnych bezrefleksyjnych zachowań i nawyków. Łatwo jest rzucać książkowymi mądrościami w kapciach z kanapy, nie wystawiając nosa poza naszą comfort zone. Poza nią trzeba się uczyć wszystkiego od nowa. Tak dobrze brzmi zdanie żyj w zgodzie ze sobą, ale kobieta, mama, słysząca z każdej strony, że zaniedbanie się po ciąży to życiowa porażka, może zgubić kierunek.

Nie twierdzę, że dążenie do doskonałości to coś złego. Wręcz przeciwnie- jeśli chodzi o pasję, umiejętności, jednak zbytnia dbałość o każdy szczególik, nie pozwalanie sobie na odrobinę luzu może mieć kompletnie odwrotny skutek. Taki, że w ogóle nie ruszamy z miejsca, albo kręcimy się w kółko tracąc przy tym mnóstwo siły. Tyczy się to wszystkiego- porządków w domu, pracy, naszych projektów, własnego wyglądu, wychowywania dzieci…

W życiu chodzi przede wszystkim o to, żeby czerpać z niego radość- łatwo o tym zapomnieć. Bycie nad wyraz perfekcyjnym taką radość zdecydowanie odbiera.