Pani Blond

ogarnij się matko!

| 13 Comments
the-5th-141680 (1)

Nagle stajesz przed zadaniem niewykonalnym, niemożliwym do zmieszczenia w jednym czasie
i jednej rzeczywistości- zadaniem ogarnięcia nie jednego, a dwóch żyć.  I jak zwykle w takich chwilach okazuje się, że niemożliwe staje się możliwe, a czas jest wbrew powszechnym opiniom elastyczny
i bardzo pojemny.

Jakiś czas temu usłyszałam od nieposiadającej dzieci znajomej pytanie brzmiące mniej więcej czy dziecko bardzo cię ograniczyło? Przypomniało mi się wówczas jak mylny obraz macierzyństwa ma większość z nas…
i jaki sama kiedyś miałam.
Okazuje się jednak, że najgorszy koszmar pt. „ rezygnacja z siebie” nie jest koniecznością, a wyborem.

Słowo ogranicza zmieniłabym zatem na uczy.

Daje radość, świadomość, satysfakcję itp. traktuję jako sprawy oczywiste i pomijam.

Aby cieszyć się z macierzyństwa i nie stać się umęczoną frustratką z plecakiem niespełnionych ambicji, bezwzględnie trzeba nauczyć się- organizacji, planowania i przewidywania. I wtedy magicznym sposobem okazuje się, że DA SIĘ umalować rzęsy, zjeść zdrowe śniadanie, wygramolić się ze schodzonego dresu, zrzucić te dwa kilo, zrobić tą podyplomówkę, wyjść na imprezę, zająć się wymarzonym projektem, odgruzować mieszkanie i co jeszcze tylko dusza zapragnie.

Tak, jestem zwolenniczką postrzeganego często za naiwne, myślenia, że wszelkie ograniczenia siedzą sobie wygodnie w naszych głowach- nigdzie indziej.  Wiem również, że SZTYWNE planowanie „przy dziecku” ma niewiele wspólnego i nie jest równie łatwe co planowanie bez dziecka.
Można by rzec- nie próbujcie tego w domu! Stres i poczucie bezsilności gwarantowane.
Sama nie jestem mistrzynią ogarniania rzeczywistości, ale wypracowałam sobie kilka sposobów dzięki którym względnie udaje mi się żyć tak jak chcę, wykonywać to co sobie zamierzam, nie czuć, że coś mnie omija i niczego nie zaniedbywać. Każdy ma rzecz jasna nieco inne warunki, inne dzieci i obowiązki, a co za tym idzie każdy musi dojść do swoich własnych metod ułatwiających codzienne życie.  Ale można!

Co pomaga mnie?

Po pierwsze sposób myślenia. Oj tak, to dużo zmienia. Nigdy nie dałam sobie wmówić, że muszę z czegoś zrezygnować- przeorganizować, pozmieniać, poprosić kogoś o pomoc- OK! Ale są rzeczy, z których nie zrezygnuję jak na przykład, między innymi- pisanie czy mówiąc ogólnie dążenie do SWOICH marzeń, i w zestawieniu z tym zwyczajnie nie interesuje mnie oglądanie seriali,  wieczorne przeglądanie instagrama i inne takie. Bycie mamą jest jedną, ale nie jedyną z moich ról. Pomimo, że ją uwielbiam, nie uważam za korzystne całkowite wyzbywanie się na jej rzecz SIEBIE. Egoizm? Można nazywać to jak się chce, ale to właśnie chcę pokazać córce- że o SWOJE „sprawy” trzeba dbać- zawsze.

Podobnie jak kwestie priorytetowe związane z dążeniem do celów i trywialne rzeczy do załatwienia, staram się planować przyjemności i chwile dla siebie. Wyjście na imprezę, plotki z koleżanką, ćwiczenia fizyczne- nie można o nich zapominać bo dają komfort psychiczny, odświeżają i ładują akumulatory.  Wiele Mam zamiast wyegzekwować sobie taki czas spycha go na jakiś bliżej nieokreślony termin jak dziecko podrośnie, a soboty i niedziele spędza tylko i wyłącznie dbając o wszystkich wokół. Nie krytykuję, tylko pytam, czy aby na pewno czują się z tym dobrze?

Wolne chwile to jedna kwestia, drugą jest uporządkowanie codziennego rozgardiaszu. Z racji, że nie lubię poranków w pośpiechu, nauczyłam się wstawać przed Lilką. Spokojnie piję kawę, otwieram okno w kuchni, maluję się, szykuję jej ubranka- taki początek dnia daje mi dobrą energię, a z lepszym nastrojem, wiadomo, można przenosić góry.  Później odprowadzam ją na kilka godzin do żłobka, który nawiasem mówiąc uwielbia, i voilà- mam czas na upchnięcie wszystkich swoich aktywności. Nie zawsze jest to proste- zmieszczenie wszystkiego w pędzącym nieubłaganie czasie. Właśnie dlatego nie planuję  z dokładnością co do setnej sekundy bo najzwyczajniej w świecie nie chcę się stresować. Nie lubię poczucia, że nie panuję nad swoimi obowiązkami. Wyznaczam sobie margines błędu i zawsze zostawiam czas do nadrobienia „zaległości” np. w przypadku nieprzewidzianych okoliczności ( dość częstych w życiu matki 😉 ). Przeważnie rozpisuję sobie rzeczy do zrealizowania w danym miesiącu i poszczególnych tygodniach (pomijając te na już, teraz, które trzeba odkreślić i mieć z głowy; takich nie odkładam na potem).

Swoje zadania organizuję pod siebie. Co mam na myśli? Wiem doskonale co sprawia mi większą trudność, wymaga ode mnie skupienia, a co robię z przyjemnością i niemalże bezwysiłkowo. Te, które są dla mnie „lżejsze”, w warunkach nawału i nawarstwienia wszystkiego co możliwe, zostawiam na koniec. Nic się nie stanie jeśli „przeskoczą” na wieczór, wtedy po zaśnięciu Małej spokojnie dokończę je przy kubku herbaty. Ważne jest, aby wiedzieć co jest ważne, a co mniej– nie oszukujmy się prasowanie może poczekać i nie zmieni to raczej biegu świata.  Ciągłe odkładanie na później realizacji siebie może natomiast odebrać mu niektóre kolory. Nie da się zrobić wszystkiego- coś wybrać trzeba. Przynajmniej Ty mamo musisz wybrać.

No dobra, a co z odkurzaniem, praniem, gotowaniem? Jestem zdania, że najłatwiej jest utrzymywać WZGLĘDNY porządek na bieżąco. I nie dlatego, że dom to muzeum i musi lśnić jak diament. Uporządkowana przestrzeń to harmonia i lepsze samopoczucie. Nie da się efektywnie pracować czy spędzać miło czasu we wszechobecnym chaosie (ja nie potrafię!). Zdecydowanie łatwiej jest ogarnąć co nieco każdego dnia, niż harować później godzinami, próbując odgruzować tygodniowy bajzel. Nawiasem mówiąc dzieci uwielbiają pomagać przy pracach domowych- jeśli się je tego rzecz jasna nauczy. Nie trzeba zatem wykonywać ich w nocy bądź kosztem innych spraw. Lili uwielbia na przykład wyjmować ze mną naczynia ze zmywarki- krząta się pod moimi nogami z dumną miną podając mi łyżki i miski- zabawa na sto dwa!

Jakiś czas temu stałam się również fanką konsekwentnego pozbywania się z głowy wszystkiego co muszę zrobić. Spamiętanie codziennie mnożących się spraw, tych większych i mniejszych jest  zwyczajnie niemożliwe, dlatego skrupulatnie wypełniam nimi mój kalendarz. I mam z głowy. Rano zaglądam- wiem co, kiedy, jak.

Podobnie postępuję także w te dni, kiedy Lilka z jakichś przyczyn zostaje ze mną w domu. Wtedy wszystko przesuwam na czas jej drzemki i wieczór. Jest trudniej, coś trzeba przełożyć, zmęczenie jest większe, ale DA SIĘ!

A i jeszcze jedno, w chwilach zwątpienia nigdy, ale to nigdy nie żałuję sobie czarnej, gorącej, mocnej kawy 😊
Jestem bardzo ciekawa również Waszych sposobów na zaklinanie czasu, piszcie w komentarzach!