Pani Blond

Dlaczego jesteśmy nieszczęśliwi w dwudziestym pierwszym wieku?

| 3 Comments
george-hiles-193274

Siedzę nad pokaźną Buddha bowl. Zdrowy pęczak, trochę grillowanych warzyw. Miska pysznej pokuty za wczorajszy nowojorski cheescake zagryzany nachosami.   A w głowie lekki bigos emocji przepracowywanych ostatnimi dniami i krzykliwe obrazy z obejrzanego ostatnio Szatan kazał tańczyć, w którym widziałam okruchy studenckich dni.

Filmu Katarzyny Rosłaniec do zbioru moich ulubionych nie zapiszę, ale za przekaz daję plus.
Powierzchowny, hedonistyczny, intensywny do granic wytrzymałości styl życia głównej bohaterki jest mocno przerysowanym, ale jednak obrazowym przykładem wielu młodych żyć.
Które, tak prowadzone, nie prowadzą donikąd.

Młoda, początkująca pisarka. Ma wszystko. Szczęśliwy dom rodzinny, sukces, pieniądze, ludzi wokół siebie. A wewnątrz nic. Krzyczące nieszczęście.
I to skłoniło mnie do refleksji. Jak to jest, że mając wszystko gubimy się, nie wiemy co z tym wszystkim zrobić, popełniamy błąd za błędem, dajemy się pożreć nieszczęściu.
Mówię tu o współczesnych, młodych pokoleniach. Zdrowych, wolnych, z dachami nad głowami. Wykształconych, singlach, w związkach, z pieniędzmi małymi czy dużymi, zalewającymi żale wódą, przepalającymi trawą, chodzącymi na terapie, siłownie, do centrów handlowych.

Dlaczego jesteśmy nieszczęśliwi w dwudziestym pierwszym wieku? I czy to nieszczęście to aby nie wygodny pretekst żeby ze sobą trochę nie powalczyć? Żeby nie dorastać, raz za razem się do niego odwoływać i uciekać?

Nie lubię uogólnień, ale niektórych punktów wspólnych nie da się przeoczyć. W jakimś stopniu dotyczą Ciebie, mnie, naszych znajomych, naszych czasów. Są mitami rozsypanymi dookoła, o które się potykamy, które siedzą z tyłu głowy, w które wszyscy karzą wierzyć i chcą się uwolnić. Jednocześnie.

ALBO ALBO

Albo robisz karierę, albo żyjesz slow. Albo jesz śmieci, albo jarmuż i owies pięć razy dziennie. Albo siedzisz w kokonie albo balujesz do rana co weekend. Bo jeśli utożsamiasz się ze znaną trenerką fitness, a w sobotę masz ochotę na kebsa to zakrawa o hipokryzję- zaraz usłyszysz, że brak Ci konsekwencji, że schodzisz na psy- nie ważne czy od innych czy od samego siebie. I wybierając te gotowe, modelowe style życia zapominamy, że nie zdrowo jest zapominać o balansie. Że życie nie jest czarne i białe, a te sztywne ramy stwarzamy sami. Skrajności na dłuższą metę to kłopoty. Wróżą rzucenie się na przeciwną stronę prędzej czy później bo wszystko w przyrodzie musi się wyrównać. Balans daje szczęście.

MIT IDEAŁÓW

Niby to wiesz, ale jednak zakłamane obrazy docierają do podświadomości. W naszym świecie nie ma miejsca na niedoskonałość. Nawet porażkę przedstawia się w filmowym anturażu, jako coś po czym główny bohater otrzepuje poranione kolanka i jak za pstryknięciem palców obraca ją w sukces. Wszyscy wokół kreują świat, w którym nic nie jest niewygodne, niepotrzebne, brzydkie, nieudane, koślawe. A przecież jest. Możesz każdego dnia stawać się lepszą wersją samego siebie, ale dążenie do ideału to droga do rozczarowania. Choć z każdej strony nakręceni jak bączki kołcze  krzyczą żeby kreować siebie, że można stworzyć siebie na nowo, mieć wszystko i wszystko zmienić!!! To może warto jednak pozostać magicznym, jedynym sobą? I nad tym pracować. Wszyscy to robimy- przekłamujemy rzeczywistość na Facebooku, Instagramie. Ja też gram w tą grę, lubię ten inspirujący świat, motywujące teksty i zdjęcia. Jednak miejmy z tyłu głowy, że to tylko gra. Prawdziwy świat ma więcej barw.

MUSISZ CHCIEĆ

Musisz chcieć więcej. Nie możesz mieć tylko stabilnej pracy, fajnej rodziny i weekendów nad wodą. Taki obraz większości osób z naszego pokolenia równa się przegranemu, nudnemu żywotowi. Musimy mieć wielkie marzenia, sukcesy, wielkie plany, konsekwentnie realizowane punkt po punkcie. Nie? Wypadamy z gry. Nie idziesz do przodu to się cofasz. Ale czy można ciągle biec? Takie puste hasła zachęcają do pokonania życia galopem, tak jakby nie liczyła się jakość. Jedynie co musisz to chcieć. Chcieć mieć te marzenia i plany, które muszą być Twoje. Pomimo, że presja niezwykłości karze wciąż lepiej, więcej, bardziej odjechanie. Odciąga od prostej radości życia, doceniania.

MIT ZDOBYTYCH CELÓW

Ktoś kiedyś nam wmówił, że szczęście to suma odhaczonych punktów, które uda nam się zdobyć. Poświęca się im dni, godziny, spokój, sen, przyjemności, czas dla siebie. I niektóre z nich są tego warte. Ale mitem jest, że po ich zdobyciu poczujemy się lepiej, jeśli nie czujemy się dobrze w trakcie ich realizacji. Zawsze znajdą się kolejne, nie dające spać i jeść warunki do spełnienia. Można tak bez końca, można też przestać wierzyć w ich czarodziejską moc i… żyć. Robić wszystko w swoim rytmie,
a radość czerpać z procesu.

HALO, TO JA!

Można to zagadać, prześmiać, przetańczyć, przepić, przepracować, uciekać. Zagłuszyć. I tak narastają bóle, żale, małe smutki, pustki. Rosną. Nie da się ignorować Siebie w nieskończoność. Prawda stara jak świat, ale i tak robimy na opak. Zamiast przywitać emocje, dojść do źródła, z którego pochodzą. Pozwolić dojść do głosu temu co kryją uśmiechy, drinki, dym…

Może to nie szatan, ale sami karzemy sobie tańczyć? Wierzyć w mity, pozwalać się unieszczęśliwiać?

Co Wy dodalibyście po wielokropku?