Pani Blond

Chcieć mniej, mieć więcej

| 5 Comments
Webp.net-resizeimage

Miałam kupić nową niepotrzebną torebkę. Bo by się przydała. Upatrzyłam fajną bluzkę
i sukienkę w kwiaty. Miałam spędzić kilka godzin w sztucznym świetle i wrócić do domu padnięta, taszcząc załadowane torby niepotrzebnych, ale jakże poprawiających humor szmatek. Lecz w czeluściach sieci trafiłam na film. I chociaż od wszelkiego radykalizmu uciekam gdzie pieprz rośnie, no tak mam i już, to ten do mnie przemówił. Te założenia są mi bliskie. Minimalistką pewnie nigdy się nie nazwę. Nawet nie zamierzam!
Ale przygarnę z jego filozofii trochę dla siebie, to pewne.

Posiadanie stołu, krzesła, materaca, czterech koszul na krzyż, to nie moja bajka.

Głupia, nieprzemyślana konsumpcja jako sposób na  życie- odpada.

Zawsze byłam zdania, że jeśli wydawać to na książki, podróże, rozwój..

Jednak nie da się ukryć, że czasami dam powodzić się za nos internetowym reklamom tych cudnych kiecek, które siedzą w głowie dopóki nie zamówię kuriera. Albo stracę kupę czasu „szukając czy nie ma czegoś fajnego” w zatłoczonej galerii. Choć prawdę mówiąc, niczego TAK NAPRAWDĘ nie potrzebuję.

Ale to tylko powierzchowne kwestie tego co ma głębsze znaczenie. Bo strata kilku godzin
i wyrzucenie paru złotych zdają się nie być niczym istotnie złym.
Gorzej jeśli zaczynamy kupować sobie zadowolenie, radość z życia, przedmioty stają się celem samym w sobie, dla nich się pracuje i żyje. Nimi rekompensuje nieciekawą, ale ciężką pracę, wykonywaną głównie…aby je mieć. Tutaj zaczyna się problem, a podobno granica jest cienka.

Chcąc nie chcąc jesteśmy społeczeństwem konsumpcyjnym. Musimy kupować, aby normalnie żyć. I nie ma w tym nic złego. Tylko, że zaczęliśmy się gubić. Jeśli możemy więcej i lepiej, to chcemy więcej i lepiej. Stajemy się tym samym zakładnikami rzeczy. Oddajemy im czas, pieniądze, czasem nawet bliskich tylko dla poczucia posiadania.
Wmówiono nam, że one są sensem, że coś dodadzą naszemu życiu, poprawią je i nas samych za jednym zamachem. Dadzą pewność siebie, szczęście, miłość własną, wypełnią pustkę. Guzik. Nic z tych rzeczy. Może dodadzą trochę komfortu, trochę estetyki.
Tyle. Wypełniając nimi pustkę prędzej spotka się człowiek ze ścianą.

I myślę, że to jest najważniejszą istotą idei minimalizmu. Cieszenie się przedmiotami, które są wokół, zużywanie ich, ale jednocześnie pełna świadomość, że ostatnią wartością jaką mogą nam zapewnić jest szczęście.

Coraz mniej z nas pamięta jeszcze noszoną przez kilka sezonów, jak drugą skórę, ukochaną ramoneskę. Albo zakładane w kółko i na każdą okazję trampki, najwygodniejsze na świecie bo z miesiąca na miesiąc coraz bardziej dopasowywały się do stóp właściciela…
Bo teraz nastały czasy szybkiej mody, wszystko mamy na chwilę i nic nie zyskuje miana ulubionego, dopasowanego jak ulał…

Często mówimy ależ ja tego potrzebuję. Tak wyrażam siebie. Ale czy lampa z Ikei, albo choćby nawet buty w cenie średniej krajowej wyrażają to kim jesteś? Tak nisko się cenimy?

Chodzi tylko o to czy naprawdę warto dla kupy śmieci poświęcić to co ważne.

Jest dużo prawdy w tym, że porządkując swoją przestrzeń, minimalizując ilość zagracających ją, bezużytecznych przedmiotów zaczyna się myśleć bardziej przejrzyście.

Posiadając tylko potrzebne rzeczy, nie zaśmiecając sobie głowy niekończącymi się wish listami można skupić się na relacjach z innymi,  tworzeniu czegoś wartościowego, albo chociażby na poszukiwaniu swojej WŁASNEJ ścieżki.

Nie pozbędę się zatem moich książek, butów czy sukienek, nie sądzę, aby w tym tkwił sens. Chcę jednak wiedzieć co mam, korzystać z tego, kupować świadomie, nie wpadać w pułapkę „zakupowej rekompensaty”.

 

Minimalism: A documentary about the important things. Polecam.