Pani Blond

Sukces zwykłych dni

| 5 Comments
Webp.net-resizeimage

Łatwo powiedzieć bądź tu i teraz. Na wakacjach, na kocu w czerwcowym słońcu, w chwilowych przerwach od obowiązków, z lekką głową, z wyłączonym budzikiem, perspektywą niedzielnego lenistwa. Gorzej z myślą o pracowitym tygodniu, nawarstwiających się niezałatwionych sprawach, w stresie, pośpiechu, problemach. A nie oszukujmy się to drugie zdarza się częściej. Z tego bierze się życie „od do”, mentalne wyłączanie się z rzeczywistości, traktowanie codzienności jako koniecznego zła przeplatanego wyjątkowymi dniami świętego spokoju.

Przemknęła mi ostatnio przez głowę myśl, że można mieć w życiu bardzo dużo. Trochę szczęścia, pracy, spotkanych na swojej drodze odpowiednich ludzi. I możesz mieć to wszystko czego chciałeś, te punkty odkreślone i
nie lubić zwykłych dni.
Bo pracujesz za dużo, bo wybrałeś drogę, która jest piękna i kolorowa, lśniąca jak brokat- dla widzów, a Ciebie wykańcza. Bo nie masz Swoich zajęć, bo nie zmieniasz tego co przestaje działać, nie szukasz, wpadasz w kołowrotek bezmyślnych nawyków. Zjada cię stres i pośpiech.

A zwykłe dni to wszystko. Co Ci z tego wyjazdu w góry, wyczekanego, jak powrót taki bolesny. Tak szybko mijają te chwile odetchnienia.

I drugą myślą był sukces, który pojmuje się jako coś związanego ściśle ze świetlaną karierą,
z własnym tarasem, kolekcją win w salonie.
Ładne te jego atrybuty, nie ma sensu ich negować.
Ale obok nich postawię mniej namacalne, mniej oczywiste zadowolenie ze zwykłych dni.

Takie proste, spokojne lubienie swojej codzienności. Bez szarpania się ze znienawidzonym poniedziałkiem, wtorkiem, środą. Wstawaniem z uśmiechem, nie tylko od święta.

Przeciętny człowiek powie Ci, że to utopia. Tak się nie da głupi idealisto. Nie da się chodzić ucieszonym dzień w dzień. Pewnie, że się nie da. Ale wierzę, że można zapracować sobie na swoje dni- dobre, warte zapamiętania, takie jak się chce- plus, minus.
To wybór. Czasem z czegoś rezygnując- trudno.
Wiem też, że nie jest to hop siup… i już masz wykadrowane dream life- na swoich zasadach, według swojej wygody.

Takie na tip-top nigdy nie będzie i to jest mocno podkreślony punkt pierwszy tego sukcesu. Albo to akceptujesz albo się szarpiesz i czekasz na lepszy czas. Przeczekując tak Cały swój czas. To co do dupy i to co warto pokazać na instagramie przeplata się cały czas i tego nie unikniesz.

Możesz za to w ciągu „szarych” jak je pojmujesz smętnych, nudnych dni przypomnieć sobie żeby wskoczyć na rower, odpuścić sobie gonitwę, trochę wrzucić na luz. Albo ugotować coś dobrego. Takie pierdoły, powiesz. Ale punkt widzenia się zmienia. Rano do kawy kawałek książki zamiast nerwowego przeglądania maili, nie cierpiących zwłoki.

Najpierw jak zwykle małe rzeczy, żeby się przekonać, że to robi różnicę. Te pierdoły, rady rodem z kolorowych magazynów, infantylne, na pierwszy rzut oka, ale robię robotę.

Później zaufanie- do siebie i świata, że jak trochę odetchniesz, zapomnisz się to nic się nie zawali, marzenia nie runą w sekundę. A w tą sekundę możesz się rozejrzeć dookoła polubić swoją drogę do domu, to, że masz piekarnię i park pod nosem, że możesz zjeść zdrową kolację przy muzyce i obejrzeć dobry serial… a jak jest kłopot masz wszystko żeby go rozwiązać.

Potem codzienne wybory te małe i duże. Jedzenie, ludzie wokół, zajęcia, praca- czy Ci służą? Czy coś dobrego Ci dają?

I tymi małymi kroczkami na pewno powoli buduje się sukces. Urządza się swój kawałek świata. Porządkuje, układa wszystko jak najlepiej. Raz, drugi, trzeci. To nie ma znaczenia.  Rozsiada się wygodnie, nie zagląda do sąsiada, wstaje z entuzjazmem. Bardziej się lubi poniedziałki i niedzielne wieczory. Częściej jest się tu i teraz. Bo to nie jest łatwe. Na to trzeba zapracować.