Pani Blond

jak zacząć coś nowego

| 4 Comments
Webp.net-resizeimage

Każdy zna uczucie, które najprościej określić można kocham, ale nie lubię. Tak właśnie względem siebie się czułam, kiedy zamiast rozwiązań szukałam wymówek, albo jak już tyle się nagadałam, naczytałam, naszykowałam i nic nie zrobiłam…

Całe szczęście, tak było kiedyś. Teraz uważniej przyglądam się swoim zapałom, żeby na starcie zweryfikować czy coś z nich będzie, czy warto im poświęcić uwagę. Czy okoliczności są sprzyjające, czy mi się bardziej chce czy nie chce. Bo najłatwiej porywać się z motyką na słońce.

Nie lubię zaczynać i nie kończyć. Postanawiać coś sobie i po chwili to porzucać.

Więc coś cię zainspiruje, poczujesz motyle w brzuchu- fajnie, ja też tak chcę. Tylko, że w ferworze zachwytu zapomnisz o tym, że nie masz wcale czasu na realizację nowego pomysłu, dajmy na to codziennych dwugodzinnych treningów na siłowni. Albo inaczej, nie jest to aż tak fajne, żeby np. spać dwie godziny krócej… przedtem jednak nakleisz kolorowym magnesem na lodówce zdjęcie napiętej trenerki fitness, spędzisz kilka godzin przed laptopem szukając porad, ćwiczeń, odżywek, opowiesz koleżankom z pracy o nadchodzącej rewolucji i zalajkujesz wszystkie możliwe fanpejdże dotyczące zakresu tematyki fizycznej aktywności.

Wszystko to po nic.
Zaczynanie, początki, pierwsze kroki- nigdy nie są łatwe. Zawsze jest się wtedy laikiem, gdzieś na szarym końcu za tymi doświadczonymi, rasowymi graczami. Zawsze robi się błędy i jest się śmiesznie niezdarnym. Dlatego przed wzięciem na klatę decyzji, że chce się  zacząć, dobrze przyjąć do wiadomości kilka faktów…

Rzucanie się na głęboką wodę nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Obiecywanie sobie, że z marszu zacznie się regularne, pochłaniające kilka godzin tygodniowo aktywności ( niezależnie od tego na czym miałyby one polegać- nauka języka, nauka gotowania, bieganie czy cokolwiek innego) najprawdopodobniej skończy się frustracją i zniechęceniem. Na początek dobrze sprawdzić czy w ogóle się do czegoś nadajemy, czy to rzeczywiście nasza bajka- bo może okazać się, że wcale nie.
15 minut dziennie, przez tydzień, dwa- wystarczy, jako test sprawdzający czy to jest właśnie TO.  Daj sobie czas na złapanie bakcyla.

Nic nie sprawia prawdziwej przyjemności, dopóki jesteś w tym kiepski. Musi minąć trochę czasu żeby włożony w coś wysiłek zaprocentował radością i lekkością wykonywania określonych czynności. Taką lekkość osiąga się dopiero na wyższych stopniach umiejętności…czegokolwiek. Znacie sytuację kiedy przy winie w sobotni wieczór gracie ze znajomymi w scrabble i najsłabszy zawodnik zaczyna kręcić nosem? Gra nie sprawia mu przyjemności bo najzwyczajniej nie opanował jeszcze zasad na tyle dobrze żeby się nią cieszyć. To normalne, grunt to przetrwać to chwilowe uczucie- uda się jeśli naprawdę chcesz.

Liczy się konsekwencja. Nie mówię, że za wszelką cenę, ale zazwyczaj nasze przeszkody i problemy wrzucić możemy na kupkę pod nazwą głupie wymówki. Założyłeś coś sobie- to nie odpuszczaj. Jak odpuścisz we wtorek, środę i czwartek to wysoce prawdopodobne, że w piątek stwierdzisz- sorry, to już nie ma sensu.

Nie przekreślaj wszystkiego, jak jednak na chwilę odpuścisz. Jestem mamą, zatem to dosyć ważny dla mnie punkt. Nie wszystko zawsze da się zaplanować. Szkoda przekreślać to co zrobiło się do danego momentu przez kilka dni niezamierzonych wakacji. Niekiedy trzeba spojrzeć na siebie życzliwszym okiem i trochę się usprawiedliwić.

Bierz pod uwagę, że nie wszystko musi być po COŚ i nie we wszystkim musisz być mistrzem. Czasami warto robić coś zwyczajnie dla własnej przyjemności, bez zbędnych oczekiwań. Nawiasem mówiąc z takim podejściem łatwiej pomału zbliżać się do `mistrzostwa`.

 

No i zaczynaj. Teraz. Już. Tak jak podpowiada ci serducho. Bez zbędnego myślenia- bo tylko wszystko popsuje. Robienie nowych rzeczy daje fantastyczną, świeżą energię- spróbuj, warto!