Pani Blond

pęd nową religią

| 0 Comments
Webp.net-resizeimage

Wybierając pomidory w osiedlowym sklepie czuję się jak w dżungli. Ludzie biegają od półki do półki potrącając się nawzajem. Z obłędem w oczach, oładowani torbami z laptopami, lunch boxami, ciuchami na siłkę…

Prychają i wiercą się niecierpliwie w długiej kolejce do kasy. Mam wrażenie, że kasjerka zaraz eksploduje z nerwów, przerzucając trzęsącymi się rękami towary po taśmie. Kobieta przede mną oddaje jakiś przeterminowany jogurt więc kiedy nadchodzi moja kolej przerażona dziewczyna za ladą przeprasza mnie, że „taaaak długo”.
A co jeśli ja nie mam ochoty się śpieszyć? tylko wolno układać swoje warzywa, jajka i płatki w płóciennej torbie, tak żeby mi się nic nie pogniotło?  Chyba nie mam wyjścia bo w innym wypadku rozpędzony tłum zabije mnie wzrokiem…

*

Jak nie w trasie to w biurze, jak nie w biurze to w trasie. Dom jak hotel- wziąć prysznic, przespać się chwilę, na jedzenie szkoda czasu. Szklanka whisky na odprężenie. 5, 10, 15 lat. 12-godzinny dzień pracy, siedem dni w tygodniu, rekompensują kilkudniowe wypady w tropiki, ale z laptopem na kolanach.
Tak się to kręci, aż psycha i ciało nie wytrzymują. Psycha siada, ciało protestuje- przymusowy urlop i wycieczki po lekarzach. Co się stało z tyloma latami życia?

 

*

Ci ludzie za szybami aut są wściekli. Trąbią, krzywią się i wymachują rękami. Jakby to był koniec świata, że ruszą trzy sekundy później…

 

*

 

Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek – wszystko zlewa się w jedną bezkształtną masę, nerwy, stres i bieg, ale dokąd?

W takim amoku przestaje się cokolwiek czuć. Biegnie się instynktownie naprzód, dokładnie jak ten śmieszny chomik w swoim kołowrotku, świat zaczyna smakować jak wióry w klaustrofobicznej klatce…

Produktywność mości sobie miejsce najbardziej wartościowej cechy człowieka XXI wieku, daliśmy się w to przekonanie wkręcić tak mocno, że gubimy dni w pogoni za odkreślaniem kolejnych zadań w kajecikach i ponaglających nas wibracjami przypominajek…

 

A co jeśli robić wszystko to nie robić nic?

A co jeśli lepiej zacząć wyrzucać niż znowu sobie dokładać?

*

 

Później rozmawiam z babcią przez telefon, o czasach, w których ona pracowała. Wracała z biura  do domu, rodzinny obiad, kawa, spacer, książka, wieczorne pieczenie ciasta, mieszkanie pachnące masłem i wanilią- był czas na wszystko CO WAŻNE. Czuję ten klimat, kiedy oglądamy na podłodze jej  albumy z czarno białymi zdjęciami.

Albo te sceny ze starych familijnych filmów, w których ludzie w sobotnie popołudnie zamiast gonitwy po sklepach i szorowania podłóg, piją herbatę, śmieją się przy grach planszowych…

Te czasy, w których nikt nie czuł się gorszy z powodu tylko jednej zwykłej pasji, zwykłego wypoczynku, braku wypełnionego po brzegi terminarza, kiedy liczyła się dokładność, jakość, a nie ilość…

Nie lubię siebie kiedy sama wpadam w ten tryb. Tempo dzisiejszego świata nieraz wymusza na nas szalony bieg przez płotki. Patrzymy na innych, którzy pędzą, osiągają, zdobywają, z wywieszonym językiem od rana do wieczora i zwyczajnie jest nam głupio, że stawiamy na slow…

celebracja ŻYCIA wymyka nam się z rąk.

Nie jestem pewna czy wypełniony kalendarz równa się pełnemu życiu. Nie wiem czy zmierzamy w dobrą stronę nie dając sobie czasu na to by pomyśleć, aż w końcu czy aby napewno żyjemy tak, jak naprawdę chcemy, kiedy bezrefleksyjnie stawiamy kroki równo z wszystkimi wokół …